Jego budowę rozpoczęto w 1973 roku. Dziesięć lat później, Jubail znalazł się w księdze rekordów Guinness’a jako największy projekt inżynieryjno-konstrukcyjny na świecie. Rozbudowa ma potrwać jeszcze przynajmniej 25 lat, dlatego pracy dla polskich inżynierów i specjalistów nie zabraknie.
Pomysł zrodził się oczywiście tam, gdzie są pieniądze i gdzie nie lubi się ich wyrzucać w błoto choć może bardziej adekwatnym słowem byłby tu po prostu piach… Wszystko zaczęło się 35 lat temu od spotkania króla Arabii Saudyjskiej Faisala ze Stephenem Bechtelem Seniorem - właścicielem firmy Bechtel Corporation. Król Faisal skarżył się, że każdego roku w Arabii Saudyjskiej spala się gaz ziemny o wartości miliarda dolarów, ponieważ nie ma sposobu, aby w tani sposób przetransportować go do miejsc, w których mógłby być wykorzystany jako paliwo.
W odpowiedzi na to, Bechtel zasugerował, że rozwiązaniem byłaby budowa kompleksu przemysłowego w niewielkiej odległości od pól naftowych tak, aby nie marnować gazu. Wydobywane na polach naftowych paliwa mogą być wykorzystywane nie tylko w przemyśle petrochemicznym, ale również służyć jako źródło energii dla innych gałęzi przemysłu i dlatego też warto zbudować inne zakłady przemysłowe w tej lokalizacji. Król Faisal przystał na ten pomysł i tak w 1973 roku rozpoczęła się budowla Jubailu. Ponieważ w okolicach gdzie wydobywano ropę nie było, żadnych miejscowości gdzie można by zbudować zakłady przemysłowe postanowiono, że zostanie zbudowane całe miasto wraz z infrastruktura drogową, osiedlami mieszkaniowymi, sklepami, centrami medycznymi, szkołami, lotniskiem oraz portem.
Już w roku 1983 Jubail stał się sławny za sprawą wpisu do księgi rekordów Guinness’a jako największy projekt inżynieryjno-konstrukcyjny na świecie. Jak do tej pory koszty projektu Jubail pochłonęły już 40 miliardów dolarów, a koszt całej inwestycji może przekroczyć 100 miliardów dolarów. Jubail obecnie to miasto które liczy 170000 rezydentów oraz ponad 160 przedsiębiorstw przemysłowych i ciągle jest rozbudowywane. Zgodnie z planem rozbudowa miasta potrwa jeszcze 25 do 30 lat.
Zagłębie inżynierów
Przy projekcie jednocześnie pracuje kilka tysięcy inżynierów oraz ponad 40000 pracowników fizycznych wielu narodowości, w tym również z Polski. - Aktualnie poszukujemy kandydatów na wiele stanowisk m.in. inżynierów budowy, inżynierów mechaników, elektryków, administratorów kontraktów, kierowników budowy, specjalistów BHP, innymi słowy wysokiej klasy specjalistów ze znajomością języka angielskiego oraz co najmniej kilkuletnim doświadczeniem w budownictwie - mówi Jakub Pawłaszek z firmy Fair Recruitment, która zajmuje się rekrutacją do projektu Jubail. W Arabii Saudyjskiej oferty pracy skierowane są wyłącznie dla mężczyzn.
Na inżynierów zainteresowanych pracą przy projekcie czekają bardzo atrakcyjne warunki zatrudnienia - średnie roczne wynagrodzenie inżyniera wynosi to 60000 euro netto. Oprócz tego pracodawcy pokrywają koszty zakwaterowania pracownika, a w przypadku wyższych stanowisk również koszty zakwaterowanie rodziny. Typowy apartament przeznaczony dla jednego pracownika ma wysoki standard wykończenia i składa się z salonu, sypialni, jadalni, kuchni oraz łazienki. W przypadku zakwaterowania pracownika wraz z rodziną firmy oferują odpowiednio pokoje z 2, 3 lub 4 sypialniami. W przypadku pracowników z rodzinami na koszt pracodawcy dzieci mogą uczęszczać do szkół anglojęzycznych zlokalizowanych w mieście. Pracownicy mają dostęp do siłowni, klubów fitness, basenów, a nawet pola golfowego.
Koszty życia i obyczaje
Koszty, żywności zbliżone są do cen w USA, czyli są tańsze od większości państw europejskich, bardzo tanie jest paliwo.
Pracodawca pokrywa również pełne ubezpieczenie zdrowotne i wypadkowe, a także koszty przelotów. W przypadku pracy stałej, gdzie umowa podpisywana jest na 2 lata, pracodawca oferuje 36 dni płatnego urlopu rocznie. Jednak trzeba pamiętać, że praca w Jubailu jest ciężka. Pracownicy pracują 11 godzin dziennie przez 6 dni w tygodniu. Temperatury w lecie dochodzą do 50 stopni. Inaczej zorganizowany jest tam tydzień pracy - weekend przypada na czwartek i piątek, sobota i niedziela to dni robocze. Wybierając się do pracy w Arabii Saudyjskiej, trzeba pamiętać o różnicach kulturowych. Arabia jest krajem wyznaniowym i na jej terytorium nie można wwieźć Biblii, ani żadnych symboli religijnych. Bardzo wiele osób ma mylne wyobrażenie o krajach arabskich - dość często spotykamy się ze stwierdzeniami, że największym problemem dla kandydatów jest poziom bezpieczeństwa związany z zagrożeniem terrorystycznym. Jednak z naszych doświadczeń wynika, że obawy te są całkowicie nie uzasadnione. Zagrożenie terrorystyczne występuje w krajach takich jak Irak czy Iran, ale w przypadku Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich czy Kataru poziomom bezpieczeństwa znacznie przewyższa standardy europejskie. Wyjazd do pracy na Bliskim Wschodzie może okazać się wielką przygodą za którą idą duże pieniądze i zdobycie doświadczenia w wielokulturowym środowisku przy spektakularnych projektach.
Polskie fryzjerki w Brukseli
Okazuje się, że jest ich naprawdę sporo. Większość z nich w ciągu dnia zarabia sprzątaniem, a wieczorami wykonuje usługi we własnych domach lub u zaprzyjaźnionych osób. Nie potrzebują reklamy. Mają swoją stałą, zaprzyjaźnioną klientelę.
Polki chętnie korzystają z oferty rodaczek. Nie muszą zmagać się z zawiłościami języka obcego. Mogą przy okazji poplotkować przy kawie i wymienić się doświadczeniami z życia na obczyźnie. Część z nich pracuje w kilku polskich zakładach fryzjerskich.
Poczta pantoflowa dźwignią handlu
Marta Miszczuk do pracy w Brukseli przyjechała od razu po szkole. Planowała zostać tylko kilka miesięcy. Razem z mężem mieszka tu już szósty rok. Pochodzi z Browiczyna na Podlasiu. Początkowo - jak większość Polek - zarabiała sprzątaniem. Później podjęła pracę w salonie. - Zapotrzebowanie na fryzjerki jest duże, jednak to działalność na własną rękę przynosi zyski - tłumaczy swoją decyzję o usamodzielnieniu się. Od dwóch lat prowadzi własne usługi fryzjerskie. Nie ma zakładu z szyldem. Przyjmuje klientki w domu. Początki nie były jednak łatwe. Jeśli nie masz dyplomów i nie prowadziłaś takiej działalności w Polsce, pozostaje ukończenie odpowiedniego szkolenia w Belgii. - Polscy fryzjerzy po szkole zawodowej napotykają tu trudności przy zakładaniu własnej działalności gospodarczej. Żeby otworzyć firmę trzeba mieć maturę - wyjaśnia Marta. - Musiałam ukończyć specjalny kurs z zarządzania i rachunkowości oraz zdać egzamin. Dlatego dużo dziewczyn nie decyduje się na oficjalną działalność. Poza tym, z pracy na czarno pieniądze idą tylko do twojej kieszeni.
Marta zamieszczała ogłoszenia o swoich usługach w lokalnych gazetkach polonijnych, jednak z czasem poczta pantoflowa okazała się skuteczniejszą reklamą. Jej klientki to przede wszystkim Polki, choć zdarzają się również Belgijki. Z nimi rozmawia po francusku, który szlifowała najpierw na kursie, a później już w praktyce. U Marty podcięcie włosów to wydatek rzędu 15 euro, a w belgijskich salonach 25-30. Baleyage kosztuje w granicach 40 euro. To o prawie połowę mniej niż na lokalnym rynku. Zwykle Marta obsługuje kilka klientek dziennie, ale w sezonie przedświątecznym pracuje jak w ukropie.
Bez ryzyka
Salon Agnieszki Rzepnickiej obchodzi swoje pierwsze urodziny. Oprócz usług fryzjerskich proponuje również zabiegi kosmetyczne. Pracuje tu Kasia Śliwowska, która ponad rok temu przyjechała do Brukseli. - Tęsknię za domem - przyznaje. - Cieszę się jednak, że pracuję w zawodzie. Zaistnieć na obcym rynku z własną działalnością jest trudno.
Jej klientki to przede wszystkim Polki. - Na szczęście - przyznaje z uśmiechem. - Nie jest łatwo uczesać Marokanki, które mają trudne do ułożenia włosy, wymagające specjalnych preparatów do zmiękczania i całkowicie innych szczotek.
Uważa jednak, że Polki są bardziej wymagające. Konkurencji się nie boi. - Dużo dziewczyn pracuje nielegalnie - mówi. - Ale to ryzykowne. Słyszałam o przypadku, gdzie fryzjerka zamieściła ogłoszenie w belgijskiej gazecie i została zdemaskowana. Jeden z urzędników podszył się pod klienta i ukarał ją wysoką grzywną. Dlatego wolę pracować oficjalnie, bezstresowo. Mam dzięki temu ubezpieczenie i dobre warunki socjalne. Agnieszka poszukuje teraz drugiej, doświadczonej fryzjerki.
Iść za marzeniem
Przy tej samej ulicy, co zakład Agnieszki mieści się “Magiczny haczyk” - nowe przedsięwzięcie Marzeny. Lokalizacja znakomita, tuż obok sklepu z polskim asortymentem. Marzena Skutnik, podobnie jak Marta, pochodzi z Podlasia. Straciła rodziców bardzo wcześnie i w 1991 roku jako 19-latka przyjechała do Brukseli. Wiele lat temu jako pierwsza polska fryzjerska zamieściła swoje ogłoszenie w lokalnej gazetce polonijnej. W ciągu dnia sprzątała, a wieczorami wykonywała usługi fryzjerskie. Marzeniem jej życia był własny salon. Jednak nie wie czy zaryzykowałaby skoczyć na głęboką wodę, gdyby nie przypadek. Znajoma Włoszka zaproponowała jej odkupienie istniejącego już salonu. Musiała podjąć błyskawiczną decyzję. Dziś wysoka, przystojna blondynka tryska optymizmem. - Trzeba być upartym i wytrwałym. I trzeba marzyć - podkreśla.
Dzięki pomocy byłej właścicielki nie miała problemów przy załatwianiu formalności. Od niej też przejęła belgijską klientelę. Co nie było trudne, bo świetnie zna francuski. O Polkach ma inne zdanie niż Kasia. - Są wystraszone, pokorne, wszystko im pasuje, zawsze jest dobrze - śmieje się. - Belgijki są bardziej stanowcze. Odwiedzają mnie jednak także pracownicy naszej ambasady, konsulatu i nauczyciele z polskiej szkoły. Klienci znają ja od lat. Wiedzą, że to, co osiągnęła nie przyszło jej łatwo. Nigdy nie odmawiała, nie wykręcała się zmęczeniem. Zawsze jest dyspozycyjna. - Szanuję ludzi, a oni odpłacają mi tym samym - podkreśla.
Źródło: Praca i nauka za granicą
Zaglądają Polakom do kieszeni
Angielski brukowiec “The Sun” ostro zaatakował dzisiaj polskich imigrantów zarobkowych. Dziennikarzom nie podoba się, że - zgodnie z tamtejszym i unijnym prawem - pobierają dodatki na dzieci. W ubiegłym roku w tej formie wypłynęło do Polski z brytyjskiego budżetu 25,7 mln funtów.
Continue reading ‘Zaglądają Polakom do kieszeni’
To już ostatni dzwonek na załatwienie wakacyjnego zajęcia w hotelu. W sezonie będzie już o to bardzo trudno. W ciągu czterech miesięcy pracy na stanowisku pokojówki jesteś w stanie zaoszczędzić ok. 12 tys. złotych.
Na pierwszy rzut oka zarobki oferowane pracownikom hotelowym nie wyglądają zbyt atrakcyjnie. Przeciętna pensja pokojówki waha się w granicach 650-850 euro miesięcznie. Są to jednak pieniądze, które dostajesz na rękę po odliczeniu wszystkich kosztów. Wydatki związane z zakwaterowaniem i pełnym wyżywieniem bierze na siebie często pracodawca. Decydując się na dłuższy kontrakt (co najmniej półroczny) możesz liczyć nawet na zwrot pieniędzy za bilety lotnicze. Najwięcej ofert pracy znajdziesz na południu Europy: w Hiszpanii, Grecji, Włoszech i na Cyprze. Nie brakuje ich też w Irlandii i Wielkiej Brytanii.
Zarobki i wymagania
Najłatwiej o pracę na stanowisku housekeeper’a, a więc osoby zajmującej się sprzątaniem pokoi i łazienek. Do wykonywania tego zajęcia wystarczy zwykle podstawowy angielski. Podobnie jest w przypadku bagażowych, personelu sprzątającego hotelowe restauracje oraz pomocników w kuchni. Ta grupa pracowników może liczyć na pensje w granicach 600-800 euro miesięcznie. Powyżej tej kwoty są w stanie zarobić hotelowi kelnerzy. Do wykonywania tego zajęcia niezbędne jest doświadczenie i dobra znajomość języka obcego. Dotyczy to również osób pracujących na stanowisku animatora rozrywki, zajmującego się organizowaniem gościom czasu wolnego. Zwykle są to zabawy przybierające formę gier sportowych (piłka wodna, tenis, siatkówka, aerobik itp.). O wykonywaniu tego zajęcia mogą też myśleć osoby bez doświadczenia. Wystarczy, że przejdą odpowiedni kurs organizowany w hotelu. Koszt takiego szkolenia, które trwa ok. miesiąca waha się w granicach 150 euro. Grupą dobrze opłacanych pracowników hotelowych, zarabiających 1000-1200 euro miesięcznie są recepcjoniści, kucharze, instruktorzy w salonach odnowy i ratownicy. Pracodawcy wymagają od nich kilkuletniego doświadczenia oraz bardzo dobrej znajomości języków obcych. To ostatnie dotyczy szczególnie recepcjonistów. To, jakim językiem będziesz się musiał posługiwać zależy od kraju, do którego pojedziesz. Pracując w irlandzkim Killarney będziesz rozmawiał głównie po angielsku. Przepustką do zdobycia pracy w hotelu na Majorce jest znajomość języka niemieckiego.
Szukamy pracy
Najlepszym sposobem na znalezienie zatrudnienia w hotelu jest korzystanie z ogłoszeń zamieszczonych w internecie. Szukanie zajęcia rozpocznij od wizyty na stronie www.eurohoteljobs.com. Znajdziesz tam setki ofert pracy z różnych państw Europy m.in. z Włoch, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Irlandii. Aby z nich skorzystać musisz się wcześniej zarejestrować na stronie. Bieżące oferty zatrudnienia są też dostępne na witrynach hoteli. Znajdziesz je po kliknięciu na zakładkę “caareers” lub “jobs”. Im więcej wyślesz aplikacji, tym większe będą twoje szanse na znalezienie pracy. Pamiętaj, aby zrobić to najpóźniej w marcu. W połowie kwietnia zdecydowana większość stanowisk jest już obsadzona.
Coraz więcej zagranicznych hoteli rekrutuje pracowników w Polsce. Przykładem takiej firmy jest współpracująca z WUP w Toruniu sieć Louis Hotel, która za pośrednictwem ogłoszeń Eures zaoferowała pracę w hotelach na Cyprze. Odpowiedziało już na nią ponad 40 osób. Przedstawiciele tej firmy przyjadą wkrótce do Polski na rozmowy kwalifikacyjne. Pierwsze osoby wyjadą do pracy na początku kwietnia. W Polsce działa też wiele agencji zatrudnienia specjalizujących się w rekrutacji pracowników branży hotelarskiej. Ich oferty skierowane są zazwyczaj do studentów, dla których jest to możliwość odbycia praktyki za granicą. Korzystając z pośrednictwa takich firm musisz się liczyć z mniejszymi zarobkami, przekraczającymi niewiele ponad 500 euro miesięcznie.
Wyjazd w sezonie
Osoby, które zdecydują się na wyjazd w sezonie powinny wziąć pod uwagę dwa kraje: Irlandię i Wielką Brytanię. To właśnie w tych państwach najłatwiej dostać taką pracę z ulicy. Nie oznacza to jednak, że powinieneś się tam wybrać w ciemno. Przed wyjazdem przygotuj sobie listę konkretnych adresów. Pomoże ci w tym witryna www.caterer.com. Po kliknięcu na zakładkę “Hotels” uzyskasz dostęp do wyszukiwarki zawierającej ponad 10 tys. ofert pracy w branży hotelarskiej w Wielkiej Brytanii. Jeśli myślisz o wyjeździe na Zieloną Wyspę zajrzyj na stronę www.hoteljobs.ie. Pracując w hotelach Irlandii i Wielkiej Brytanii masz szansę zarobić więcej pieniędzy niż w południowych krajach Europy. Więcej jest tam również pracy po sezonie, co stwarza duże szansę na zdobycie stałego zatrudnienia. Zajęcia w hotelach szukaj w ośrodkach wypoczynkowych, nadmorskich kurortach oraz w wielkich miastach, odwiedzanych tłumnie przez turystów.
W North East otwarta została agencja rekrutacyjna pomagająca wysoko wykwalifikowanym Europejczykom znaleźć pracę w zawodzie.
Agencja skupiła się na wypełnianiu luki kadrowej w takich dziedzinach jak: motoryzacja, produkcja i petrochemia. Wykształcenie w tych branżach jest mało popularne w Wielkiej Brytanii, ale częste u pracowników ze wschodniej Europy.
Dyrektor oddziału w Sunderland, Matthew Goforth twierdzi, że mają oferty dla utalentowanych mechaników. Po zamieszczeniu oferty w Polsce zgłosiło się 350 osób, w ciągu zaledwie 2 godzin. W Wielkiej Brytanii takie umiejętności prawie nie istnieją.
Agencja zaczęła poszukiwać pracowników na wschodzie już w 2004 roku, kiedy to Polska przystąpiła do Unii Europejskiej. Wielu pracowników rekrutowanych jest z Polski, ale firma zdaje sobie sprawę, że jest wielu wykwalifikowanych pracowników na miejscu w North East, których potencjał nie jest odpowiednio wykorzystywany.
Polacy w Wielkiej Brytanii często podejmują pracę jakąkolwiek tylko dlatego że jest lepiej płatna niż w Polsce. Agencja ukierunkowała się teraz na 250.000 pracowników w North East oraz na tych którzy rozpatrują możliwość powrotu do domu.
Polka Ewelina Sińska pracowała jako recepcjonistka w hotelu w Newcastle kiedy trafiła na Staff Finders. Jej zdaniem w Polsce nie jest powszechna znajomość języków obcych, dlatego ona, znająca angielski i szwedzki, nie jest typowym przykładem imigranta szukającego pracy.
Marta Rzepecka z North East Polish Community Association twierdzi, że większość agencji szuka pracowników do prostych nieskomplikowanych prac w fabrykach, hotelach czy restauracjach. Bardzo trudno jest Polakom szukać pracy na anglojęzycznych stronach internetowych, dlatego najczęściej szukają ofert na polskich portalach i w gazetach.
Kto znajdzie pracę w Szwecji?
Od 2004 r. szwedzki rynek pracy jest otwarty dla Polaków - mają oni tam takie same prawa pracownicze jak Szwedzi. Mimo to kraj ten cieszy się mniejszym zainteresowaniem niż inne państwa skandynawskie. Dlaczego?
Na zatrudnienie w Szwecji mogą liczyć tylko niektóre grupy zawodowe. - Szwedzcy pracodawcy zgłaszają zapotrzebowanie głównie na pracowników z branży budowlanej: zbrojarzy, cieśli szalunkowych, spawaczy, a także monterów rurociągów - przyznaje Marta Kaczmarczyk z agencji pracy Sweden Connect. Szwedzi są wymagający, ale warunki pracy (ustalane w układach między branżowymi związkami zawodowymi i organizacjami pracodawców) gwarantują wysokie standardy pracy i ochronę praw pracowniczych.
Dla kogo zatrudnienie?
Tydzień pracy w Kraju Trzech Koron wynosi tyle samo, co w Polsce (40 godzin z przerwą na lunch w ciągu dnia). Pracownikom przysługuje 25 dni roboczych urlopu w roku. Dodatkowo na emigrantów czekają dobre zarobki i liczne zabezpieczenia socjalne. Dlaczego więc mniej Polaków wyjeżdża do pracy w ten rejon Skandynawii? Jedną z przyczyn może być dość niskie bezrobocie (5-6 proc.). Obcokrajowcom łatwiej jest znaleźć pracę w wybranych sektorach bądź zawodach, w których występuje niedobór pracowników. Są to m.in.: służba zdrowia, opieka nad starszymi osobami, usługi remontowe, sprzątanie. W polskich agencjach pośrednictwa pracy najwięcej ofert czeka na budowlańców, którzy są tam szczególnie cenieni. - Szwedzi są bardzo zadowoleni z pracowników znad Wisły - mówi Marta Kaczmarczyk. - Doceniają oni przede wszystkim ich umiejętności zawodowe i wiedzę, często jednak ze względu na barierę językową Polacy wykonują pracę poniżej swoich kwalifikacji - wyjaśnia. W wypadku nieznajomości języka pośrednictwo agencji między szwedzkimi pracodawcami a pracownikami może okazać się bardzo pomocne. Do Szwecji na pewno nie warto wyjeżdżać w ciemno. Taki wyjazd jest ryzykowny przede wszystkim ze względu na wysokie koszty utrzymania na miejscu.
Sposób na język
Ze Szwedami można swobodnie porozumieć się po angielsku, ale znajomość szwedzkiego jest najczęściej warunkiem znalezienia pracy w takich zawodach, jak aptekarz, architekt, pielęgniarka, stomatolog, położna, fryzjer czy monter instalacji elektrycznych. Niekiedy potrzebne są też dokumenty poświadczające uznanie kwalifikacji zawodowych (informacje można znaleźć na stronach www.hsv.se lub http://citizens.eu.int). Od pracowników branży budowlanej wymagane jest przede wszystkim kilkuletnie doświadczenie. - W przypadku ofert pracy w budownictwie znajomość szwedzkiego nie jest wymagana, ponieważ na miejscu w każdym regionie kraju mamy swojego koordynatora - mówi Marta Kaczmarczyk. - Taka osoba pomaga w załatwieniu wszystkich formalności, jak choćby rejestracja w urzędzie czy założenie konta bankowego - dodaje. Inne rozwiązanie oferuje Anna Sroka z agencji ICC Staff. - Ci, którzy nie znają języka, wysyłani są zwykle z 4-5-osobową brygadą, gdzie co najmniej jeden z pracowników pełni rolę tłumacza - informuje. Zdarza się też, że agencja organizuje jeszcze w kraju kurs nauki podstaw szwedzkiego, którego koszt pokrywa szwedzki pracodawca. Pracownik płaci jedynie za dojazd na szkolenie, które odbywa się w kraju.
Bez pozwolenia i na własną rękę
Ponad połowę tego skandynawskiego kraju zajmują lasy, co w okresie letnim wykorzystują sezonowi zbieracze runa leśnego. Ten sposób zarabiania jest szczególnie popularny na południu kraju, w Skanii (Skane). Pracy najlepiej szukać na własną rękę, bo jak przyznaje Anna Sroka, ogłoszenia z branży rolnej pojawiają się sporadycznie. W przypadku pracy przy zbiorze runa leśnego niepotrzebne są żadne pozwolenia - również na pobyt, jeśli trwa nie dłużej niż trzy miesiące. Jednak zarobki nie należą do wysokich i wahają się w granicach 5-6 tys. koron szwedzkich (1,9-2,3 tys. zł). Najlepiej więc podróżować własnym samochodem, inne środki lokomocji są bardzo kosztowne. Zielona karta nie jest wymagana, wystarczy dowód ubezpieczenia OC. Należy jednak pamiętać, że nie ma tam praktycznie możliwości tankowania gazu na stacjach paliw. Więcej informacji o obowiązujących wymogach można znaleźć na stronach urzędu drogownictwa (Vagverket): www.vv.se .
Czy to się opłaca?
Standardy życia w Szwecji są bardzo wysokie. Wiąże się to jednak z wysokimi kosztami utrzymania. Jednopokojowe mieszkanie w Sztokholmie można znaleźć już za 4-5 tys. koron szwedzkich (1,5-1,9 tys. zł) miesięcznie. Zwykle w pierwszym miesiącu wymagana jest wpłata depozytu w wysokości miesięcznego czynszu. Nieco tańszym rozwiązaniem, zwłaszcza na początku, może okazać się pomoc agencji pośrednictwa pracy. - Swoim pracownikom oferujemy pokój w wynajmowanym przez nas mieszkaniu, za który lokator płaci ok. 2,8 tys. koron szwedzkich (ok. 1,5 tys. zł) miesięcznie - mówi Marta Kaczmarczyk. Wszystkie wydatki związane z życiem w tym kraju udaje się pokryć dzięki dość wysokim pensjom. Obecnie wykwalifikowana pielęgniarka otrzymuje w Szwecji ok. 21 tys. koron (8 tys. zł), natomiast budowlańcy mogą liczyć na zarobki w granicach 16-17 tys. koron szwedzkich (6-6,5 tys. zł) na rękę. Królestwo Szwecji stwarza przede wszystkim szansę na spokojne życie w otoczeniu nieskażonej przyrody. Dla tych, których nie zrażają mroźne zimy, zwłaszcza na północy kraju, dodatkową zachętą mogą okazać się choćby długie urlopy rodzicielskie dla obojga małżonków czy ubezpieczenie wypłacane na wypadek bezrobocia. Przykładowe ceny: Chleb - 16-22 koron (6-8,3 zł), Ser żółty (250 g) - 20 koron (7,6 zł), Sok pomarańczowy (1 l) - 16 koron (6 zł), Mleko (1 l) - ok. 8 koron (3 zł)
Pierwsze kroki w Szwecji
1. Migrationsverket - szwedzki urząd migracyjny. Tu należy się ubiegać o prawo pobytu (Uppehallstillstand), jeśli zamierzasz zostać w Szwecji dłużej niż trzy miesiące. Więcej informacji na stronie www.migrationsverket.se
2. Skattekontoret - urząd skarbowy. Tu otrzymasz kartę podatkową i szwedzki numer indentyfikacyjny (personnummer). Przyznawany jest on na minimum rok. Bez niego nie będziesz mógł założyć konta w banku czy wynająć mieszkania. Procedura trwa 7-10 dni. Więcej na stronie www.skatteverket.se
3. Forsakringskassan - zakład ubezpieczeń. Należy zgłosić się tu zaraz po otrzymaniu numeru identyfikacyjnego lub numeru tymczasowego. Opieka medyczna dla osób ubezpieczonych jest płatna. Cennik usług określają szwedzkie władze lokalne. Za wizytę u specjalisty lub pomoc w nagłym wypadku (w zależności od hrabstwa i specjalności lekarza) płaci się od 130 do 300 koron (45-115 zł). Bezpłatna opieka szpitalna przysługuje po przekroczeniu kwoty 900 koron (350 zł) w ciągu 12 miesięcy oraz w przypadku leczenia dzieci osób ubezpieczonych (do lat 20). Więcej informacji pod adresem www.fk.se (strona dostępna też po angielsku).
Źródło: Praca i życie za granicą
Tani funt - Polacy chcą wracać
Niski kurs brytyjskiej waluty sprawia, że Polacy coraz częściej zastanawiają się na sensem dalszego pobytu na Wyspach. Najwięcej wątpliwości mają osoby pracujące za najniższe stawki i wysyłające pieniądze do kraju.
Tracący na wartości funt stał się ostatnio tematem dominującym wśród naszych rodaków na Wyspach, którzy z kalkulatorem w ręku podliczają wielkość swoich malejących oszczędności. Niski kurs brytyjskiej waluty bije ich ostro po kieszeni. Jeszcze w grudniu 2006 r. w polskich kantorach funt kosztował ok. 5,90 zł. Obecnie cena brytyjskiej waluty oscyluje w granicach 4,60-4,80 zł. Przy tygodniówce sięgającej 300 Ł miesięczne zarobki naszych rodaków zmniejszyły się o ponad 1000 zł.
Najbardziej narzekają…
…ci, którzy wiążą swoją przyszłość z Polską. Dłużej będą musieli pracować np. na mieszkanie. Jednym z nich jest Marcin, pracownik fabryki w Basingstoke, który za cel postawił sobie wybudowanie w Polsce domu. – Wszystkie oszczędności trzymam w funtach. W ciągu ostatniego roku straciłem w przeliczeniu na naszą walutę prawie 10 tys. zł – mówi Marcin. – Nie myślę jednak o powrocie do kraju. W Polsce zarobiłbym nie więcej niż 1200 zł. Tutaj odkładam miesięcznie ok. 3000 zł.
Powodów do zadowolenia nie mają też Polacy, zarabiający na poziomie brytyjskiego minimum, czyli 5,52 na godzinę. – Pracuję przez agencję jako sprzątacz w firmie, gdzie zarabiam tygodniowo ok. 180 Ł. Po opłaceniu mieszkania i odliczeniu wydatków na jedzenie zaoszczędzę nie więcej niż 80-90 Ł tygodniowo. Daje mi to miesięcznie niecałe 1700 zł – mówi Seweryn z Londynu. – Jeśli nie uda mi się znaleźć lepszej pracy, spróbuję szczęścia w innym kraju.
Nie jest łatwo
W trudnej sytuacji są też osoby, wysyłające pieniądze do Polski. – Miesięcznie przelewam na konto żony ok. 600 Ł. Jeszcze nie tak dawno była to kwota ponad 3300 zł. Przy obecnym kursie funta suma ta ledwo przekracza 2800 zł – mówi Zbigniew, kierowca Tira z Peterborough. – Poważnie zastanawiam nad sensem dalszego pobytu tutaj. Średnia kwota wysyłana miesięcznie do kraju przez polskich imigrantów wynosi 500 Ł. Jeszcze kilka lat temu była to wartość odpowiadająca 3500 zł, teraz to już tylko niecałe 2400 zł. Niski kurs funta był jednym z powodów rezygnacji Darka z zatrudnienia w magazynie Sainsbury’s w Basingstoke. – Jeśli chodzi o mnie, to alternatywą dla pracy na Wyspach jest zajęcie w Niemczech. Posiadam paszport tego kraju. W Niemczech są niższe koszty utrzymania – mówi Darek. – Nie bez znaczenia jest też możliwość przyjazdu na weekend do domu, a więc częstszy kontakt z rodziną.
Zero zmartwień
Obaw związanych ze spadkiem wartości brytyjskiej waluty nie mają osoby, które zdecydowały się zostać w Anglii na stałe. – Wziąłem tu kredyt na mieszkanie, który teraz spłacam – mówi Krzysztof z Harlow. – W tej sytuacji kurs funta nie ma dla mnie większego znaczenia. Może poza tym, że wakacje w Polsce kosztować mnie będą trochę drożej. Ale przy tych różnicach w zarobkach i cenach nie ma to większego znaczenia.
* * *
Po raz pierwszy od czterech lat liczba Polaków wracających do kraju przewyższyła liczbę rodaków przyjeżdżających na Wyspy. W trzecim kwartale ubiegłego roku, brytyjskie władze zarejestrowały ponad 38,5 tys. nowych pracowników z Polski. Jest to o 18 proc. mniej niż w zeszłym roku. Głównym powodem powrotów do domu są coraz wyższe koszty utrzymania w Wielkiej Brytanii, słabnący kurs funta, rosnące zarobki w Polsce i tęsknota za rodziną.
Maciej Sibilak
GDZIE JEST GRANICA?
Dla wielu Polaków taką graniczną wartością brytyjskiej waluty, która może ich skłonić do powrotu do kraju jest kurs funta poniżej 4 zł. Za tymi deklaracjami wcale nie muszą pójść czyny. Jeszcze niedawno nasi rodacy ustawiali tą poprzeczkę na poziomie 5 zł. Jej przełamanie jakoś nie spowodowało wielkich powrotów.
Co dalej z kursem z funta? Umocni się, czy pójdzie w ślady dolara? Zależeć to będzie nie tylko od sytuacji na Wyspach, ale też w Polsce. Analitycy w większości są zgodni co do tego, że złotówka nadal utrzymywać się będzie na wysokim poziomie. Czynnikami wzmacniającymi polską walutę będzie rozwijająca się gospodarka, ale też jej słabości związane z rosnącym długiem publicznym i inflacją. To ostatnie doprowadzi do dalszych podwyżek stóp procentowych. Zwiększy to rentowność polskich obligacji finansujących deficyt budżetowy. To właśnie w te papiery wartościowe będzie się opłacało inwestorom lokować pieniądze. Do ich zakupu potrzebować będą więcej złotówek. Rosnący popyt na naszą walutę utrzyma jej wartość na wysokim poziomie. Nie należy spodziewać się jednak gwałtownego wzmocnienia złotówki. Uderzyłoby to w interesy polskich eksporterów. Rząd zrobi wszystko, by do tego nie dopuścić. Mocniejsza złotówka to też mniejsze środki z funduszy europejskich. Do znaczącego spadku wartości funta mogłoby doprowadzić znaczne spowolnienie gospodarcze na Wyspach, a póki co na to się nie zanosi.
Na gwałt szukają pracowników!
Komendy na Wyspach desperacko potrzebują policjantów, którzy mówią po polsku. To - według “Gazety Wyborczej” - szansa dla emigrantów.
Leokadia Kopeć jest filigranową, uśmiechniętą szatynką. W tygodniu od rana do wieczora pracuje w Londynie, tak samo jak dziesiątki tysięcy Polaków. Ale w weekend, zamiast się wyspać, wkłada policyjny mundur. Przypina do pasa kajdanki, gaz i pałkę, i wychodzi z brytyjskimi kolegami na ulice Streatham. To południowe przedmieścia Londynu, duże skupisko Polaków. W pobliżu jest cieszące się nie najlepszą sławą Brixton.
Jeśli wszystko pójdzie dobrze, Leokadia już niedługo będzie kimś, kogo brytyjski Scotland Yard poszukuje dziś najbardziej - brytyjską policjantką mówiącą po polsku.
- Dziś mamy bardzo niewielu polskojęzycznych policjantów, a liczba Polaków, którzy przyjeżdżają, cały czas rośnie - mówi komendant posterunku w Streatham Jonathan Tottman.
Polka nie jest jeszcze policjantką, choć ma odznakę i mundur. Jest wolontariuszką po szkoleniu policyjnym. Za darmo przepracowuje w roku 200 godzin służby. To doskonały punkt w życiorysie, ale też trampolina do regularnej służby - pisze dziennik.
Na początek brytyjski policjant dostaje 28 tys. funtów rocznie. Po specjalizacjach i kursach - znacznie więcej. Emigrant pracujący za płacę minimalną zarobi najwyżej połowę tej sumy.
Polacy reagują na swego rodaka w mundurze różnie. - Jeden, jak powiedziałam po polsku, żeby pokazał dokumenty, był w szoku - opowiada Special Constable Kopec. - Jedni widzą, że mogą mniej kręcić, inni są wdzięczni, że mogą się dogadać z policjantem - dodaje.
Takich osób jak Leokadia jest na razie zaledwie kilka w całej policji, choć kilkunastu Polaków służy w oddziałach wspomagających policję. Są umundurowani, ale nie mogą np. dokonywać aresztowań.
Scotland Yard szuka polskojęzycznych funkcjonariuszy, bo liczba incydentów z Polakami w roli głównej rośnie. Nie ma co prawda statystyk narodowościowych, ale policjanci przyznają nieoficjalnie, że polską specjalnością są bójki w pubach, rozrabianie po pijanemu i przemoc domowa - wylicza “Gazeta Wyborcza”.
Imigranci mogliby wnieść o wiele większy wkład do brytyjskiej gospodarki, gdyby pracodawcy czynili pełen użytek z ich kwalifikacji zawodowych i praktycznych umiejętności - stwierdza raport największej brytyjskiej centrali związkowej TUC.
“Zbyt często zdarza się, że imigranci pracują znacznie poniżej kwalifikacji, na najniższych szczeblach drabiny rynku pracy, podczas gdy brytyjscy pracownicy z porównywalnym poziomem umiejętności i kwalifikacji zajmują wyższe stanowiska” - napisali autorzy opublikowanego dziś raportu “Migrant Workers in the Labour Market”.
Ich zdaniem pracodawcy wykazują “niepokojący brak rozeznania w zdolnościach i kwalifikacjach imigrantów”, czego konsekwencją jest ich systematyczne pomijanie w kierowaniu do prac, w których mogliby wykorzystywać swe umiejętności i zdobywać nowe, a tym samym rozwijać się zawodowo.
Z niedawnej ankiety Polskiego Radia Londyn (prl24) wynika, że ogromna większość polskich imigrantów ma wykształcenie wyższe (45 proc.) lub średnie (41,2 proc.). Pozostali mają wykształcenie zawodowe (8,8 proc.), a reszta podstawowe (5,0 proc).
Z innego sondażu radia wynika, iż 18,6 proc. ankietowanych zarabia na granicy ustawowego minimum płacowego (5,52 funta na godzinę). 39,6 proc. zarabia nieco powyżej (5,53-8,0 funta). 8-10 funtów za godzinę zarabia 21,6 proc. ankietowanych, a powyżej 10 funtów - 20,2 proc.
“(Z myślą o zatrudnianiu imigrantów stosownie do ich kwalifikacji) związki zawodowe pracują nad programami przyuczenia i szkolenia zawodowego, których celem jest przekonanie pracodawców do uznania kwalifikacji zawodowych imigrantów” - powiedział z okazji ogłoszenia raportu sekretarz generalny TUC Brendan Barber.
“Wykwalifikowani pracownicy szukają zaczepienia na brytyjskim rynku pracy, wypełniając istniejące luki, ale pracodawcy nie czynią użytku z ich kwalifikacji, na czym traci gospodarka” - dodał.
TUC zaleca pracodawcom, by czynili większy użytek z usług komórki doradczej NARIC (National Recognition Information Centre), która dysponuje danymi pozwalającymi porównywać poziom kwalifikacji zawodowych 183 krajów.
Inne zalecenie, kierowane pod adresem rządu, dotyczy nieobcinania funduszy na darmowe kursy angielskiego, tzw. ESOL (English for Speakers of Other Languages), które pomagają wykwalifikowanym pracownikom pokonać barierę językową. W zmniejszeniu nakładów na te kursy TUC widzi czynnik ograniczający mobilność wykwalifikowanych imigrantów.
Są kompetentni, dobrze przygotowani i lubiani przez pacjentów. Można powiedzieć śmiało, że
odnoszą sukcesy. Jednym z nich jest Piotr Nowak. Mieszka i pracuje w Tullamore, przy trasie Dublin - Galway. Wspólnie z żoną założyli również polski ośrodek zdrowia.
Zdecydował się Pan zostać ratownikiem medycznym, dlaczego nie lekarzem?
- Ależ ja chciałem być lekarzem. Zdawałem nawet na Akademię Medyczną. Zabrakło mi zaledwie 4 punktów na egzaminach. Pomyślałem, za rok spróbuję ponownie. Jednak w Polsce pojawił się pomysł stworzenia ratownictwa medycznego. Trafiłem do odpowiedniej szkoły i tak już zostało. Dziś cieszę się z tego, bo jak pracują lekarze wszyscy wiemy. A tu przynajmniej coś się dzieje, ciągle w ruchu, nie ma czasu na rutynę i nudę.
Skąd w takim razie wziął się pomysł na wyjazd do Irlandii?
Służba zdrowia w naszym kraju kojarzy się przede wszystkim z brakiem pieniędzy. Trzy lata temu pomyśleliśmy z żoną, że nie mamy nic do stracenia. Możemy spróbować. Nic nas to nie kosztuje, najwyżej się nie uda. Wsiadłem w samolot i przyleciałem do znajomych, którzy oferowali pomoc. Nie pomogli. Jak się później dowiedziałem jest to tutaj normalne zachowanie. Przez trzy dni szukałem pracy i byłem nawet zdecydowany wracać. Czwartego dnia pracę znalazłem i zostałem. Miesiąc później przyjechała do mnie żona z dwójką dzieci, w tym czteromiesięcznym synem.
Od razu znalazł Pan pracę w ratownictwie medycznym?
Oczywiście nie. Pierwszą pracę znalazłem w zakładzie produkującym drzwi do mebli kuchennych i szaf. Za najniższą stawkę, wtedy to było 7,50 euro za godzinę. Mieszkaliśmy w maleńkim pokoiku. Po miesiącu zdecydowaliśmy się poszukać domu. I znaleźliśmy. Okazało się jednak, że potrzebna jest kaucja. Na to pieniędzy nie miałem. Powiedziałem o tym naszej sąsiadce, Irlandce. Ta wstała, poszła do bankomatu wypłaciła pieniądze i dała mi je, mówiąc, że oddam jej, kiedy będę mógł. To była pierwsza osoba, która nam pomogła. Dlaczego to zrobiła? Pewnie dlatego, że trzykrotnie ratowałem jej życie. Raz, kiedy spadła ze schodów, innym razem zawiozłem ją do szpitala z objawami choroby serca. Za trzecim razem dostała jakiejś zapaści i tu konieczny był masaż serca.
Kiedy pojawiło się ratownictwo medyczne?
Po jakimś czasie kolejny Irlandczyk powiedział mi, że z moimi kwalifikacjami powinienem poszukać pracy gdzie indziej. Mówił, że jest prywatna firma, która zajmuje się ratownictwem i transportem sanitarnym. Poszedłem tam, trafiłem akurat na szefa. Był zaskoczony. Mina zmieniała mu się w trakcie rozmowy radykalnie. Pokazałem mu nieprzetłumaczony jeszcze dyplom. Zaproponował mi najpierw pół etatu, a po trzech dniach dostałem telefon, że proponuje mi pełny etat w jego firmie.
Jednym słowem pełny sukces, bez dodatkowych nostryfikacji dyplomu?
No nie, tak dobrze to nie ma. Żeby zostać paramedykiem konieczna jest rejestracja w PHECC, to taka organizacja zajmująca się rejestracją ratowników medycznych. Trzeba koniecznie zdać egzamin zawodowy. Mnie czeka 13 lutego, potem zmiana statusu i zdecydowana podwyżka.
Co dalej? Praca w ambulansie to nie wszystko, zdecydował się pan otworzyć przychodnię zdrowia.
Nie mieszkamy już w wynajętym domu, dostaliśmy kredyt hipoteczny i zdecydowaliśmy się kupić domek na własność. Pomyśleliśmy o założeniu ośrodka zdrowia, bo jakoś chcemy się tutaj urządzić. Żona jak każda kobieta chciałaby, żeby interes rozkwitł od razu, ale dla mnie wszystko idzie zgodnie z planem. Działa od 4 miesięcy, mamy 150 stałych pacjentów z Tullamoore, ale nie tylko. Mamy doskonałego lekarza-specjalistę, gastrologa, do którego przyjeżdżają pacjenci nawet ze Sligo i Dublina. Zatrudniamy dwie osoby, recepcjonistkę i medyka. To bardzo dużo.
To rzeczywiście sukces. Ktoś Panu pomagał?
Na pewno nie rodacy. Nigdy na nich liczyć nie mogłem. Pomogło mi jedynie dwoje Irlandczyków, o których wspominałem. Całą resztę zawdzięczam tylko sobie. Swojej ciężkiej pracy. Przyjechaliśmy tutaj z żoną 3 lata temu, traktując Irlandię początkowo jak wyjazd na wakacje. Uda się, to w porządku, nie uda się, to trudno. Najwyżej wrócimy. Dziś nawet o tym nie myślimy. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Ja kocham swój kraj, ale wracać chcę jedynie po to, żeby wybudować dom dla moich teściów. Nawet na święta nie wyjeżdżam z Irlandii. Rodziców mam tu na miejscu, a teściowie przyjeżdżają do nas.
Jakie są różnice pomiędzy ratownictwem medycznym tutaj i Polsce?
W naszym kraju zawód ratownika medycznego nie cieszy się specjalnym poważaniem. Kiedy mówimy sanitariusz, mamy na myśli człowieka bez wykształcenia, który pomaga lekarzom i pielęgniarkom. Tutaj natomiast paramedyk to człowiek, który ratuje ludziom życie. Różnica diametralna. Prestiż zawodu ogromny. Ja to widzę, w zachowaniu mieszkańców Irlandii. Niektórzy nawet na widok karetki potrafią się przeżegnać. A poza tym, Irlandczycy wypracowali sobie pewne standardy postępowania na wypadek zagrożenia życia pacjenta. W Polsce podobne rzeczy dopiero się tworzą.
Co może Pan doradzić swoim kolegom z kraju, którzy myślą o wyjeździe z Polski i znalezieniu pracy w irlandzkiej służbie zdrowia?
Nie jestem jedynym Polakiem w irlandzkim pogotowiu. Jest nas tu kilku. Jeśli ktoś myśli o przyjeździe przede wszystkim musi się przygotować. Chodzi o udokumentowanie szkoły, pracy w Polsce. Instytucje zajmujące się rejestracją ratowników kontrolują to bardzo dokładnie. Konieczne jest również złożenie stosownych egzaminów. Jednak wnioski o rejestrację można wysłać z jeszcze z Polski. Ja przyjechałem tutaj w “ciemno”. Musiałem się borykać z dziesiątkami biurokratycznych kłopotów, biegać załatwiać zaświadczenia, tłumaczy dokumenty. Tego wszystkiego można uniknąć i nie ruszając się z kraju załatwić wszystko, łącznie z umówieniem terminu egzaminu. W efekcie przyjechać na Zieloną Wyspę prosto do pracy.