Praca na własny rachunek za granicą to rozwiązanie dla tych, którzy nie boją się ryzyka i mają pomysł na biznes. Historia Moniki z Vejle w południowo-wschodniej Jutlandii, pokazuje, że w Danii można połączyć niezależność finansową z tym, co robiło się wcześniej w Polsce.

Monika Szuba przyjechała do Danii kilka lat temu. W Polsce założyła firmę budowlaną, by z czasem zakres świadczenia jej usług rozszerzyć także na terytorium Królestwa Duńskiego. Istnieje tu bowiem możliwość zarejestrowania swojej polskiej działalności na warunkach prawa duńskiego. Dzięki prostym i przejrzystym przepisom z oferty budowlanej przedsiębiorstwa Moniki mogą teraz korzystać nie tylko obywatele naszego kraju, ale też mieszkańcy Danii, zainteresowani postawieniem i wykończeniem domu. – Żeby moja firma pełnoprawnie działa w Danii, nie musiałam przechodzić skomplikowanych procedur prawnych. Tutejsza skarbówka wymaga minimum dokumentów. Ze strony internetowej SKAT-u (urząd skarbowy) wydrukowałam formularz VAT (momsregistrering). Do rejestracji mojej firmy w Danii potrzebowałam polskiego adresu, numeru konta w polskim banku oraz NIP-u. Po ok. dwóch tygodniach, otrzymałam duński odpowiednik Numeru Identyfikacji Podatkowej – CVR – opowiada właścicielka firmy.

Rejestracja przedsiębiorstwa jako płatnika VAT

Firma Moniki nie posiada siedziby w Danii, ale prowadzi w tym kraju sprzedaż swoich usług budowlanych objętych podatkiem VAT, dlatego podlega obowiązkowi rejestracji przedsiębiorstwa jako płatnika VAT (to samo dotyczy firm, które posiadają siedzibę poza UE, ale w Danii nabywają towary pochodzące z innych państw Unii). Tego obowiązku należy dopełnić, zanim firma zarobi przysłowiową pierwszą koronę. – W prowadzeniu firmy w Danii pomaga mi mój duński wspólnik John. Jest pośrednikiem, zajmuję się przede wszystkim wyszukiwaniem zleceń, zakupem potrzebnego sprzętu w sklepach budowlanych, gdzie Duńczykowi łatwiej jest założyć konto. Nasza oferta budowlana obejmuje cały zakres robót od postawienia budynku, po jego wykończenie. Najczęściej dostajemy zlecenie na budowę domów jednorodzinnych, zdarzały się również prace przy budowie świniarń i obór – wylicza Monika.

Zarejestrowane przedsiębiorstwo zagraniczne, właśnie takie, które prowadzi Monika wraz z Johnem, zatrudnia pracowników delegowanych. – Moi pracownicy zatrudnieni są w Polsce, do Danii wysyłam ich w delegację – mówi Monika. Podczas tej przejściowej pracy Polacy mają prawo do niezbędnych świadczeń zdrowotnych na koszt polskiego ubezpieczenia zdrowotnego na podstawie formularza E 111, wystawionego przez stronę polską. Dokument ten uprawnia do darmowych świadczeń zdrowotnych wysyłanych pracowników i ich rodzin we wszystkich krajach UE, pod warunkiem, że są ubezpieczeni z tytułu choroby i macierzyństwa w swoim kraju. – Ubezpieczenie robotników jest podstawową sprawą, w sytuacji, kiedy na budowie jest kontrola – podkreśla pracodawczyni. Duńczycy bardzo dbają o bezpieczeństwo i warunki pracy polskich pracowników. Naszym podstawowym i niezbędnym wyposażeniem są np. słuchawki na uszy, pasy bezpieczeństwa, gdy wykonujemy prace wysokościowe. Oprócz przestrzegania standardów BHP warto pamiętać, że zwykli Duńczycy są także wyczuleni na porządek i estetykę w miejscu pracy. – Mieliśmy taki przypadek, że poproszono nas o założenie folii na rusztowania, ze względu na unoszący się kurz – dodaje Monika.

Jakie podatki?

W Danii przedsiębiorstwa zarejestrowane jako płatnicy VAT naliczają i pobierają podatek VAT od sprzedanych towarów i usług. Mogą przy tym odliczać VAT zapłacony z tytułu zakupu towarów oraz w związku z większością poniesionych kosztów. Różnica między VAT od sprzedaży a VAT od zakupów stanowi kwotę podatku VAT do zapłaty na rzecz administracji skarbowej na podstawie deklaracji.

W Danii obowiązuje tylko jedna stawka VAT w wysokości 25 proc. podstawy opodatkowania. – Co trzy miesiące rozliczam się w Danii. Robię to zawsze przez Internet. Nie jest to tak skomplikowane jak w Polsce – uśmiecha się Monika. – Poza tym duńska administracja skarbowa po raz kolejny ułatwia nam życie, wysyłając po polsku informacje, kiedy i ile powinnam zapłacić. Narzędzia, materiały, benzynę, itp. odliczamy od podatku – mówi. Jeżeli przedsiębiorstwu przysługuje zwrot VAT (nadwyżki podatku naliczonego), z uwagi na to, że wartość podatku należnego od dokonanej sprzedaży jest niższa od podatku od zakupów, to zwrot ten następuje najpóźniej po trzech tygodniach od nadesłania deklaracji VAT.

Jak idzie biznes?

- Mamy swoich stałych klientów, choć nie ukrywam, że kryzys mocno dotknął budowlankę w Danii. Na razie jest ciężko, ale zawszę znajdzie się jakaś robota do wykonania. Ogólnie jestem zadowolona, interes idzie dobrze, przetrwamy kryzys i nadal będziemy budowali Duńczykom domy, bo już się do nas przekonali i chwalą, że jesteśmy szybcy i dobrzy – zaznacza z uśmiechem Monika.


Angielskie hrabstwo Northumberland w okresie recesji inwestuje w Polaków, organizując bezpłatne szkolenia i konsultacje na temat zakładania biznesu w Wielkiej Brytanii.

Zamiast hasła “Brytyjskie miejsca pracy dla Brytyjczyków” w Northumberland można usłyszeć “Polaku, załóż własną firmę w Wielkiej Brytanii”. Nie jest to tylko pusta zachęta, ale cały program wspierania Polaków w ich przedsiębiorczości.

Bo w Polakach jest potencjał

Władze hrabstwa i organizacje wspierające lokalny biznes dostrzegły w Polakach ogromny potencjał. Jedna z takich organizacji – Northumberland Business Service Limited – opracowała pilotażowy program finansowany przez Northumberland Strategic Partnership i Unię Europejską. Jeśli program przyniesie spodziewane skutki, będzie kontynuowany.

Dotychczas w ramach tego programu przeprowadzono dwa szkolenia w północnej części hrabstwa. Pierwsze warsztaty odbyły się w sobotę 16 maja w miejscowości Seahouses. Oprócz Polaków uczestniczyły w nich panie z Łotwy i Czech. Warsztaty odbywały się w języku angielskim, ale do dyspozycji uczestników była polska tłumaczka.

Drugie szkolenie zorganizowano w środę 20 maja w Berwick-upon-Tweed, angielskim mieście położonym najdalej na północ, na samej granicy ze Szkocją. Wieczorne spotkanie w sali Mitchell Memorial Hall zgromadziło około dwudziestu Polaków, jednego Słowaka, a także brytyjskich doradców biznesowych.

Jak Brytyjczycy pomagają

Celem warsztatów było zaprezentowanie różnorodnych aspektów prowadzenia własnej działalności gospodarczej w Wielkiej Brytanii, a przede wszystkim poinformowanie, na jaką pomoc może liczyć przedsiębiorca. Doradca biznesowy Tom Burnham przedstawił obecnych na spotkaniach doradców z organizacji NBSL. To właśnie Melanie Thompson-Glen, Laura Mathieson i Aileen Shields dostarczą wszelkich potrzebnych informacji zarówno początkującym biznesmenom, jak i tym, którzy rozwijają swoją firmę. Doradcy NBSL mogą wyjaśnić wszystkie zagadnienia związane z prowadzeniem biznesu zarówno w Anglii, jak i w sąsiedniej Szkocji, co w tym przygranicznym hrabstwie jest bardzo istotne. Pomogą w napisaniu biznesplanu, w zdobyciu funduszy – pożyczek i grantów, wyjaśnią kwestie finansowe, podatkowe i prawne.


Otwarcie rynku pracy w Danii stworzyło przed Polakami nowe szanse na rozwój i… spory zarobek. Stawki przy najprostszych pracach wynoszą około 100 koron (60zł) na godzinę – poinformował serwis Metropolia.co.uk.

Coraz więcej Polaków decyduje się na wyjazd do Danii. Otwarcie tamtejszego rynku pracy sprawiło, że poza pracą sezonową, Polacy mogą obecnie ubiegać się również o stałe zatrudnienie w duńskich firmach. Fachowcy mogą liczyć na pomoc agencji, natomiast osoby bez kwalifikacji są zdane wyłącznie na siebie. Serwis Metropolia.co.uk na początek zaleca pracę przy roznoszeniu gazet, ulotek lub reklam. Zawód gazeciarza, to jedna z najczęściej podejmowanych profesji przez Polaków na początku ich pobytu w Danii. Praca zaczyna się przeważnie o 2-3 w nocy, a kończy ok. 8 rano. Do wykonywania tego zajęcia nie trzeba znać języka – wystarczy umiejętność poruszania się po mieście. Firmy, które oferują pracę przy dystrybucji gazetek abonamentowych i reklam chętnie zatrudniają na część etatu, po kilkanaście godzin tygodniowo. Wysoki poziom rotacji sprawia, że o pracę w tego typu miejscach warto pytać nawet co tydzień.

Zarobki gazeciarzy w Danii wahają się od 105 do 120 koron na godzinę. Dla porównania, polskie sprzątaczki, czy osoby pomagające Duńczykom w utrzymaniu ogrodu zarabiają 90-100 koron. W wielu przypadkach Polacy nadal pracują na czarno – wykonują drobne prace remontowe i konserwatorskie np. u sąsiadów.

Osobom poszukującym pracy na duńskim rynku pracy, w wielu przypadkach z pomocą przychodzą tablice ogłoszeniowe w supermarketach lub lokalnych i bezpłatnych gazetach. W takich publikacjach można zamieścić również własne ogłoszenie (po angielsku). W Arhus wychodzi Arhus Onsdag, na Fionii Uge Avisen. Jeśli chodzi o ogólnokrajową gazetę, najlepiej zajrzeć do Sondagsavisen. Dla wielu osób rozwiązaniem jest osobiste odwiedzenie redakcji we wczesnych godzinach – w ten sposób można mieć pewność, że wyprzedzi się konkurencję. Kartkę z ogłoszeniem można również powiesić na tablicy w supermarkecie. Warto zaznaczyć, że kontakt z przyszłym pracodawcą będzie się odbywał jedynie w języku angielskim.

Pomocny dla obcokrajowców jest również fakt, że w Danii działa wiele prywatnych agencji tymczasowych (Vikar Bureau). Przeważnie w ofercie biur można znaleźć oferty dla pracowników fabryk, magazynów lub pracowników obsługi przyjęć. Nie brakuje również ofert dla fachowców. Zainteresowanie polskimi pracownikami jest coraz większe, a świadczyć o tym może również fakt, że przedstawiciele biur coraz częściej przyjeżdżają do Polski na targi pracy. Polacy zatrudnieni przez duńskie agencje pracy mogą liczyć na stawkę 120-130 koron na godzinę. Specjaliści ze znajomością języka mogą liczyć nawet na 150 koron.


Co łączy frytki, czekoladę i zagadki kryminalne? Tego wszystkiego można dowiedzieć się w Belgii. Od 1 maja tamtejszy rynek pracy jest całkowicie otwarty dla Polaków.

Teraz Belgowie nie wymagają już od nas pozwolenia na pracę. Co to zmieni? Sławomir Szczur z agencji pośrednictwa pracy W&BS, który od lat zajmuje się pośrednictwem pracy między Polską a Belgią, mówi: – Owszem, mamy trochę mniej pracy z wysyłaniem polskich pracowników do Belgii. Ale ta zmiana nie zrewolucjonizuje tamtejszego rynku pracy.

Potwierdzają to inni eksperci – tłumy z Polski nie ruszyły i nie ruszą do Belgii do pracy. Przeszkód jest kilka: język, trudności ze znalezieniem pracy czy mieszkania i wysokie podatki. Ale na pewno cieszą się ci, którzy dotąd pracowali w Belgii na czarno. Oficjalnych danych nie ma, ale mówi się, że wszystkich Polaków jest tam nawet do 100 tys. Jest to liczba najczęściej podawana, ale prawdopodobnie naszych rodaków jest więcej. Kilka tysięcy z nich to mieszkańcy podlaskich Siemiatycz, którzy wyjeżdżają tam na zarobek już od kilkudziesięciu lat. Wcześniej co trzy miesiące musieli wracać do Polski, by odnowić wizy turystyczne. Teraz ich pobyt w Belgii może w końcu zostać zalegalizowany. Będą też mogli korzystać ze wszystkich przywilejów zarezerwowanych do tej pory dla pracowników lokalnych.

Raj dla wielodzietnych

A przywilejów jest sporo i warto o nie walczyć. Przede wszystkim w Belgii jest bardzo rozbudowany system świadczeń socjalnych. Na każde dziecko co miesiąc otrzymuje się zasiłek: na pierwsze – 83,40 euro, na drugie – 154,33 euro, a na trzecie – 230,42 euro i każde kolejne tez 230,42. System działa w sposób kumulatywny, czyli zasiłki się sumują, np. na trójkę dzieci miesięcznie dostaje się około 470 euro. Zasiłki są wypłacane aż do ukończenia przez dzieci edukacji, ale nie dłużej niż do 25. roku życia. O zasiłek można się starać od razu po podjęciu pracy. Poza tym wypłacany jest dodatek wiekowy: dzieci w wieku 6-12 lat – 14,53 euro, 12-18 lat – 22,12 euro, powyżej 18 lat – 25,50 euro. Warunek otrzymania tych wszystkich świadczeń jest jeden: praca musi być legalna. I trzeba trochę poczekać.

- Praca w Belgii opłaca się w dłuższym okresie. Korzyści z płaconych podatków, ubezpieczenie, zasiłki – to zaczyna się zwracać dopiero pół roku, rok po przyjeździe – tłumaczy Sławomir Szczur. Np. zasiłki na dzieci można dostać nawet wtedy, kiedy dzieci zostaną w Polsce, ale trzeba poczekać do kilku miesięcy – tyle trwają formalności. Potem otrzymuje się wyrównanie za zaległe miesiące. – Belgia to raj dla wielodzietnych – żartuje Szczur. – Również dlatego, że mężczyzna, którego żona nie pracuje, a mają np. trójkę dzieci, płaci znacznie niższy od średniego podatek. Bezdzietny singiel odprowadza bardzo wysoki podatek – około 35 proc. brutto pensji. Ale żonaty z trójką dzieci płaci już tylko ok. 15 proc. wypłaty. Za to gdy żona pójdzie do pracy, podatek męża rośnie do ok. 26 proc. Dokładna wartość podatku jest szacowana indywidualnie i zależy od sytuacji rodzinnej pracownika.

Również system ubezpieczenia zdrowotnego jest bardzo skuteczny – refunduje wszystkie wydatki związane z leczeniem, nawet dentystę. Bardzo wysoki jest też zasiłek dla bezrobotnych. Po kilku miesiącach sięga ok. 900 euro. Popularnym rodzajem świadczenia jest tzw. deszczowe. To rozwiązanie stosowane zwłaszcza w firmach budowlanych. Za dzień przestoju, gdy np. pada deszcz, dostaje się tam stawkę minimalną – ok. 75 proc. dziennej stawki (stawka godzinowa dla wykwalifikowanego budowlańca to 13 euro brutto za godzinę). Być może dlatego wielu osobom trudno pogodzić się z tym, że jadą za granicę i są z dala od rodziny – chcą zarobić i przywieźć do Polski pieniądze, a zostawiają tam jedną czwartą pensji. Ale nie jest tak, że legalna stawka jest zawsze wyższa niż nielegalna. To złudzenie pracy na czarno.

Kogo potrzebują w Belgii?

Ośmiu na dziesięciu pracowników z Polski, którzy wyjeżdżają do Belgii, to budowlańcy – szacuje Sławomir Szczur. Poza tym najbardziej poszukiwani na tamtejszym rynku pracy są inżynierowie,m lekarze, personel medyczny, opiekunki osób starszych, farmaceuci. Ważne, żeby znać język. Może być angielski, francuski albo niemiecki, ale na pewno sam polski nie wystarczy. Problemy będą mieli ci, którzy po prostu przyjadą z Belgii i będą chcieli sobie coś znaleźć. Praca dla kogoś przypadkowego, z ulicy to w tym kraju raczej niewyobrażalne. – Belgijski pracodawca, zatrudniając pracownika, przyjmuje na siebie bardzo konkretne i poważne zobowiązanie. Pracownicy w Belgii są mocno chronieni przez prawo pracy, znacznie bardziej niż w Wielkiej Brytanii lub Irlandii – tłumaczy Szczur. – Dlatego zanim kogoś zatrudnią, muszą wiedzieć, z kim mają do czynienia. I nie podejmują decyzji w ciągu kilku godzin. Bo to dla nich duże ryzyko.

Niechęć do nielegalnego zatrudnienia w Belgii to efekt potężnych kar, jakie płacą pracodawcy za pracujących na czarno – mogą za to dostać mandat nawet do 50 tys. euro i stracić licencję. Wysokie kary grożą też za nieprzestrzeganie przepisów bhp, np. brak kasku. Trudności może też sprawić znalezienie mieszkania. W Belgii umowy na najem mieszkania są długoterminowe – zawiera się je najkrócej na rok. Trochę łatwiej może być w Brukseli czy Antwerpii, gdzie jest dużo emigrantów. Tam można liczyć na mieszkanie i pracę szybciej, ale bardzo często jest ona nielegalna, więc stawki są tam niższe. Jak więc szukać pracy w Belgii? Najlepiej już z Polski: przez agencje pośrednictwa czy internet. Ważne, żeby przed wyjazdem mieć na papierze gwarancję zatrudnienia i załatwione mieszkanie. A gdy już wszystko się uda, na miejscu dowiemy się, że frytki wynaleziono właśnie w Belgii i że najsmaczniejsze są z majonezem. I że z Belgii pochodził Herkules Poirot, najsłynniejszy bohater kryminałów Agathy Christie. A kto skosztuje belgijskiej czekolady, ten będzie musiał przyznać, że nawet szwajcarskie słodycze się do niej nie umywają…


Czerwiec to czas planowania eskapad nie tylko turystycznych, co raczej zarobkowych. Co dziesiąty polski emigrant deklaruje, że opuszczając Polskę, wybiera się do pracy sezonowej. Najczęściej przy zbiorach i w budowlance, ale rośnie liczba specjalistów, którzy na kilka miesięcy opuszczają kraj.

Od trzech do 12 miesięcy – taki okres pobytu za granicą deklaruje co dziesiąty emigrant, czyli 230 tysięcy Polaków, którzy każdego roku wyjeżdżają do pracy sezonowej. Analiza danych GUS oraz badania PBI (Polskie Badania Internetu) pokazuje, że od kiedy weszliśmy do Unii Europejskiej, najczęściej wyjeżdżamy do Wielkiej Brytanii (prawie 40 proc.), Niemiec (25 proc.) i Irlandii (10 proc.). Najwięcej osób opuszcza województwa: podlaskie, podkarpackie i zachodniopomorskie. Tam odsetek emigracji przekracza 14 proc. liczby ludności.

Na budowę albo na zbiory

GUS sprawdził, do jakiej pracy wyjeżdżają najczęściej młodzi Polacy na sezon. Okazało się, że 30 proc. wybiera branżę budowlaną, a co piąty decyduje się na prostą pracę fizyczną niewymagającą dużych kwalifikacji. I tak najwięcej Polaków, poza budowlanką (która dziś w na Wyspach przeżywa kryzys, a w Skandynawii ma się całkiem dobrze), pracuje w gastronomii, hotelarstwie i rolnictwie. – Przy ostatniej opcji jest najłatwiej, bo do pracy przy zbiorach warzyw i owoców nie potrzeba znajomości języka obcego, żadnych kwalifikacji ani doświadczenia. Wystarczy dobry stan zdrowia – podkreśla Monika, pracownica jednej z agencji pracy rekrutacyjnych łowiących sezonowych pracowników.

Rąk do pracy szukają w Polsce właściciele plantacji i gospodarstw z Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec. – Od dwóch lat obserwujemy także wzrost popularności Holandii i Norwegii. Zwłaszcza Norwegia jest wskazywana jako najbardziej pożądany kraj do pracy tymczasowej ze względu na względną odporność tego kraju na trwający kryzys – zaznacza Andrzej Jasieniecki, ekspert Euro-tax.pl. Można dostać pracę przy zbiorach szparagów, truskawek, malin, borówek, pomidorów, winogron, warzyw. Sezon trwa od kwietnia do sierpnia, w zależności od tego, co uprawiają plantatorzy. Dobra wiadomość jest taka, że pracodawcy nadal chętnie zatrudniają Polaków. – Dane urzędu statystycznego pokazują, że nie sprawdziły się obawy, iż Polacy zostaną wyparci z rynków pracy przez relatywnie tańszych obywateli Rumunii i Bułgarii – podkreśla Jasieński.

W praktyce wygląda to tak, że trafia się na sześć-osiem tygodni na farmę, na której pracodawca zapewnia zakwaterowanie, a do pracy na pole dojeżdża się busami. Pracuje się zwykle od 10 do 12 godzin, zwykle na akord, czyli im więcej zbierzesz, tym więcej zarobisz. – Od trzech lat wyjeżdżam na południe Francji, żeby zbierać winogrona. To sympatyczne zajęcie. Trochę męczące, ale to jakieś oderwanie się od tego, co mam na co dzień – mówi Małgorzata Kowal, studentka kulturoznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego z Krakowa. – Można zarobić na czesne i przy okazji spędzić dwa miesiące w pięknym rejonie Francji.

Większa potrzeba satysfakcji

Coraz więcej Polaków decyduje się jednak na czasowy zarobek w ściśle określonej branży. Prawie co piąty polski emigrant jest wykwalifikowanym specjalistą, a niemal co dziesiąty to przedstawiciel kadry zarządzającej. Coraz więcej młodych Polaków, oprócz satysfakcji finansowej, znajduje za granicą również samorealizację zawodową. A także coraz więcej wyjeżdżających łączy pracę w wypoczynkiem. – Miesiąc popracuję, a kolejny pozwiedzam. To, co zarobię na Wyspach, pozwoli mi spędzić wakacje bez specjalnych ograniczeń finansowych – mówi Magda, studentka piątego roku anglistyki z Warszawy. Podobnie jak Magda myśli prawie połowa wyjeżdżających na sezon. I również blisko 50 proc. wybiera Wyspy. Po pierwsze, bo można tam zarobić ok. 2,2 tys. euro miesięcznie, po drugie, jest tam już dużo Polaków. Nasi emigranci stanowią już blisko 5 proc. ludności Irlandii. Korzyści z pobytu za granicą, poza finansowymi, to przede wszystkim plus w oczach przyszłego pracodawcy. Agnieszka Libura z Polsko-Brytyjskiej Izby Handlowej podkreśla, że pracujący za granicą to grupa bardzo przedsiębiorcza. – Tacy młodzi ludzie przechodzą za granicą szkołę życia, nie trzeba ich prowadzić za rękę, umieją zadbać o własne interesy i odnaleźć się w trudnej sytuacji. Znają międzynarodowy rynek, dlatego są dla firm bardzo atrakcyjnym nabytkiem – zapewnia.

Zarobki

Najwięcej zarabiają budowlańcy: 8-10 tys. euro za średnio trzy miesiące pracy na budowie. We Francji czy Holandii pomocnik zarabia ok. 7-8 euro (27-31 zł) za godzinę, a przy wyższych kwalifikacjach można liczyć na 10-12 euro (39-47 zł). Przy zbiorach zarobki zależą od zbierającego, zwykle zarabiając od 1 do 2 funtów (5,8-12 zł) za skrzynkę zebranych owoców w Wielkiej Brytanii, od 3 do 5 euro (12-19 zł) w Niemczech lub Francji. Z zakwaterowaniem jest różnie. Zwykle kosztuje 35 funtów (204 zł) lub 32-35 euro (125-137 zł) za tydzień.

Najczęściej wyjeżdżamy do Wielkiej Brytanii (39 proc. wyjazdów), potem do Irlandii (10,5 proc.) i Niemiec (25 proc.). (Dane GUS i Polskich Badań Internetu)


Jego budowę rozpoczęto w 1973 roku. Dziesięć lat później, Jubail znalazł się w księdze rekordów Guinness’a jako największy projekt inżynieryjno-konstrukcyjny na świecie. Rozbudowa ma potrwać jeszcze przynajmniej 25 lat, dlatego pracy dla polskich inżynierów i specjalistów nie zabraknie.

Pomysł zrodził się oczywiście tam, gdzie są pieniądze i gdzie nie lubi się ich wyrzucać w błoto choć może bardziej adekwatnym słowem byłby tu po prostu piach… Wszystko zaczęło się 35 lat temu od spotkania króla Arabii Saudyjskiej Faisala ze Stephenem Bechtelem Seniorem – właścicielem firmy Bechtel Corporation. Król Faisal skarżył się, że każdego roku w Arabii Saudyjskiej spala się gaz ziemny o wartości miliarda dolarów, ponieważ nie ma sposobu, aby w tani sposób przetransportować go do miejsc, w których mógłby być wykorzystany jako paliwo.

W odpowiedzi na to, Bechtel zasugerował, że rozwiązaniem byłaby budowa kompleksu przemysłowego w niewielkiej odległości od pól naftowych tak, aby nie marnować gazu. Wydobywane na polach naftowych paliwa mogą być wykorzystywane nie tylko w przemyśle petrochemicznym, ale również służyć jako źródło energii dla innych gałęzi przemysłu i dlatego też warto zbudować inne zakłady przemysłowe w tej lokalizacji. Król Faisal przystał na ten pomysł i tak w 1973 roku rozpoczęła się budowla Jubailu. Ponieważ w okolicach gdzie wydobywano ropę nie było, żadnych miejscowości gdzie można by zbudować zakłady przemysłowe postanowiono, że zostanie zbudowane całe miasto wraz z infrastruktura drogową, osiedlami mieszkaniowymi, sklepami, centrami medycznymi, szkołami, lotniskiem oraz portem.

Już w roku 1983 Jubail stał się sławny za sprawą wpisu do księgi rekordów Guinness’a jako największy projekt inżynieryjno-konstrukcyjny na świecie. Jak do tej pory koszty projektu Jubail pochłonęły już 40 miliardów dolarów, a koszt całej inwestycji może przekroczyć 100 miliardów dolarów. Jubail obecnie to miasto które liczy 170000 rezydentów oraz ponad 160 przedsiębiorstw przemysłowych i ciągle jest rozbudowywane. Zgodnie z planem rozbudowa miasta potrwa jeszcze 25 do 30 lat.

Zagłębie inżynierów

Przy projekcie jednocześnie pracuje kilka tysięcy inżynierów oraz ponad 40000 pracowników fizycznych wielu narodowości, w tym również z Polski. – Aktualnie poszukujemy kandydatów na wiele stanowisk m.in. inżynierów budowy, inżynierów mechaników, elektryków, administratorów kontraktów, kierowników budowy, specjalistów BHP, innymi słowy wysokiej klasy specjalistów ze znajomością języka angielskiego oraz co najmniej kilkuletnim doświadczeniem w budownictwie – mówi Jakub Pawłaszek z firmy Fair Recruitment, która zajmuje się rekrutacją do projektu Jubail. W Arabii Saudyjskiej oferty pracy skierowane są wyłącznie dla mężczyzn.

Na inżynierów zainteresowanych pracą przy projekcie czekają bardzo atrakcyjne warunki zatrudnienia – średnie roczne wynagrodzenie inżyniera wynosi to 60000 euro netto. Oprócz tego pracodawcy pokrywają koszty zakwaterowania pracownika, a w przypadku wyższych stanowisk również koszty zakwaterowanie rodziny. Typowy apartament przeznaczony dla jednego pracownika ma wysoki standard wykończenia i składa się z salonu, sypialni, jadalni, kuchni oraz łazienki. W przypadku zakwaterowania pracownika wraz z rodziną firmy oferują odpowiednio pokoje z 2, 3 lub 4 sypialniami. W przypadku pracowników z rodzinami na koszt pracodawcy dzieci mogą uczęszczać do szkół anglojęzycznych zlokalizowanych w mieście. Pracownicy mają dostęp do siłowni, klubów fitness, basenów, a nawet pola golfowego.

Koszty życia i obyczaje

Koszty, żywności zbliżone są do cen w USA, czyli są tańsze od większości państw europejskich, bardzo tanie jest paliwo.

Pracodawca pokrywa również pełne ubezpieczenie zdrowotne i wypadkowe, a także koszty przelotów. W przypadku pracy stałej, gdzie umowa podpisywana jest na 2 lata, pracodawca oferuje 36 dni płatnego urlopu rocznie. Jednak trzeba pamiętać, że praca w Jubailu jest ciężka. Pracownicy pracują 11 godzin dziennie przez 6 dni w tygodniu. Temperatury w lecie dochodzą do 50 stopni. Inaczej zorganizowany jest tam tydzień pracy – weekend przypada na czwartek i piątek, sobota i niedziela to dni robocze. Wybierając się do pracy w Arabii Saudyjskiej, trzeba pamiętać o różnicach kulturowych. Arabia jest krajem wyznaniowym i na jej terytorium nie można wwieźć Biblii, ani żadnych symboli religijnych. Bardzo wiele osób ma mylne wyobrażenie o krajach arabskich – dość często spotykamy się ze stwierdzeniami, że największym problemem dla kandydatów jest poziom bezpieczeństwa związany z zagrożeniem terrorystycznym. Jednak z naszych doświadczeń wynika, że obawy te są całkowicie nie uzasadnione. Zagrożenie terrorystyczne występuje w krajach takich jak Irak czy Iran, ale w przypadku Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich czy Kataru poziomom bezpieczeństwa znacznie przewyższa standardy europejskie. Wyjazd do pracy na Bliskim Wschodzie może okazać się wielką przygodą za którą idą duże pieniądze i zdobycie doświadczenia w wielokulturowym środowisku przy spektakularnych projektach.


Okazuje się, że jest ich naprawdę sporo. Większość z nich w ciągu dnia zarabia sprzątaniem, a wieczorami wykonuje usługi we własnych domach lub u zaprzyjaźnionych osób. Nie potrzebują reklamy. Mają swoją stałą, zaprzyjaźnioną klientelę.

Polki chętnie korzystają z oferty rodaczek. Nie muszą zmagać się z zawiłościami języka obcego. Mogą przy okazji poplotkować przy kawie i wymienić się doświadczeniami z życia na obczyźnie. Część z nich pracuje w kilku polskich zakładach fryzjerskich.

Poczta pantoflowa dźwignią handlu

Marta Miszczuk do pracy w Brukseli przyjechała od razu po szkole. Planowała zostać tylko kilka miesięcy. Razem z mężem mieszka tu już szósty rok. Pochodzi z Browiczyna na Podlasiu. Początkowo – jak większość Polek – zarabiała sprzątaniem. Później podjęła pracę w salonie. – Zapotrzebowanie na fryzjerki jest duże, jednak to działalność na własną rękę przynosi zyski – tłumaczy swoją decyzję o usamodzielnieniu się. Od dwóch lat prowadzi własne usługi fryzjerskie. Nie ma zakładu z szyldem. Przyjmuje klientki w domu. Początki nie były jednak łatwe. Jeśli nie masz dyplomów i nie prowadziłaś takiej działalności w Polsce, pozostaje ukończenie odpowiedniego szkolenia w Belgii. – Polscy fryzjerzy po szkole zawodowej napotykają tu trudności przy zakładaniu własnej działalności gospodarczej. Żeby otworzyć firmę trzeba mieć maturę – wyjaśnia Marta. – Musiałam ukończyć specjalny kurs z zarządzania i rachunkowości oraz zdać egzamin. Dlatego dużo dziewczyn nie decyduje się na oficjalną działalność. Poza tym, z pracy na czarno pieniądze idą tylko do twojej kieszeni.

Marta zamieszczała ogłoszenia o swoich usługach w lokalnych gazetkach polonijnych, jednak z czasem poczta pantoflowa okazała się skuteczniejszą reklamą. Jej klientki to przede wszystkim Polki, choć zdarzają się również Belgijki. Z nimi rozmawia po francusku, który szlifowała najpierw na kursie, a później już w praktyce. U Marty podcięcie włosów to wydatek rzędu 15 euro, a w belgijskich salonach 25-30. Baleyage kosztuje w granicach 40 euro. To o prawie połowę mniej niż na lokalnym rynku. Zwykle Marta obsługuje kilka klientek dziennie, ale w sezonie przedświątecznym pracuje jak w ukropie.

Bez ryzyka

Salon Agnieszki Rzepnickiej obchodzi swoje pierwsze urodziny. Oprócz usług fryzjerskich proponuje również zabiegi kosmetyczne. Pracuje tu Kasia Śliwowska, która ponad rok temu przyjechała do Brukseli. – Tęsknię za domem – przyznaje. – Cieszę się jednak, że pracuję w zawodzie. Zaistnieć na obcym rynku z własną działalnością jest trudno.

Jej klientki to przede wszystkim Polki. – Na szczęście – przyznaje z uśmiechem. – Nie jest łatwo uczesać Marokanki, które mają trudne do ułożenia włosy, wymagające specjalnych preparatów do zmiękczania i całkowicie innych szczotek.

Uważa jednak, że Polki są bardziej wymagające. Konkurencji się nie boi. – Dużo dziewczyn pracuje nielegalnie – mówi. – Ale to ryzykowne. Słyszałam o przypadku, gdzie fryzjerka zamieściła ogłoszenie w belgijskiej gazecie i została zdemaskowana. Jeden z urzędników podszył się pod klienta i ukarał ją wysoką grzywną. Dlatego wolę pracować oficjalnie, bezstresowo. Mam dzięki temu ubezpieczenie i dobre warunki socjalne. Agnieszka poszukuje teraz drugiej, doświadczonej fryzjerki.

Iść za marzeniem

Przy tej samej ulicy, co zakład Agnieszki mieści się “Magiczny haczyk” – nowe przedsięwzięcie Marzeny. Lokalizacja znakomita, tuż obok sklepu z polskim asortymentem. Marzena Skutnik, podobnie jak Marta, pochodzi z Podlasia. Straciła rodziców bardzo wcześnie i w 1991 roku jako 19-latka przyjechała do Brukseli. Wiele lat temu jako pierwsza polska fryzjerska zamieściła swoje ogłoszenie w lokalnej gazetce polonijnej. W ciągu dnia sprzątała, a wieczorami wykonywała usługi fryzjerskie. Marzeniem jej życia był własny salon. Jednak nie wie czy zaryzykowałaby skoczyć na głęboką wodę, gdyby nie przypadek. Znajoma Włoszka zaproponowała jej odkupienie istniejącego już salonu. Musiała podjąć błyskawiczną decyzję. Dziś wysoka, przystojna blondynka tryska optymizmem. – Trzeba być upartym i wytrwałym. I trzeba marzyć – podkreśla.

Dzięki pomocy byłej właścicielki nie miała problemów przy załatwianiu formalności. Od niej też przejęła belgijską klientelę. Co nie było trudne, bo świetnie zna francuski. O Polkach ma inne zdanie niż Kasia. – Są wystraszone, pokorne, wszystko im pasuje, zawsze jest dobrze – śmieje się. – Belgijki są bardziej stanowcze. Odwiedzają mnie jednak także pracownicy naszej ambasady, konsulatu i nauczyciele z polskiej szkoły. Klienci znają ja od lat. Wiedzą, że to, co osiągnęła nie przyszło jej łatwo. Nigdy nie odmawiała, nie wykręcała się zmęczeniem. Zawsze jest dyspozycyjna. – Szanuję ludzi, a oni odpłacają mi tym samym – podkreśla.

Źródło: Praca i nauka za granicą




Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.