Okazuje się, że jest ich naprawdę sporo. Większość z nich w ciągu dnia zarabia sprzątaniem, a wieczorami wykonuje usługi we własnych domach lub u zaprzyjaźnionych osób. Nie potrzebują reklamy. Mają swoją stałą, zaprzyjaźnioną klientelę.

Polki chętnie korzystają z oferty rodaczek. Nie muszą zmagać się z zawiłościami języka obcego. Mogą przy okazji poplotkować przy kawie i wymienić się doświadczeniami z życia na obczyźnie. Część z nich pracuje w kilku polskich zakładach fryzjerskich.

Poczta pantoflowa dźwignią handlu

Marta Miszczuk do pracy w Brukseli przyjechała od razu po szkole. Planowała zostać tylko kilka miesięcy. Razem z mężem mieszka tu już szósty rok. Pochodzi z Browiczyna na Podlasiu. Początkowo - jak większość Polek - zarabiała sprzątaniem. Później podjęła pracę w salonie. - Zapotrzebowanie na fryzjerki jest duże, jednak to działalność na własną rękę przynosi zyski - tłumaczy swoją decyzję o usamodzielnieniu się. Od dwóch lat prowadzi własne usługi fryzjerskie. Nie ma zakładu z szyldem. Przyjmuje klientki w domu. Początki nie były jednak łatwe. Jeśli nie masz dyplomów i nie prowadziłaś takiej działalności w Polsce, pozostaje ukończenie odpowiedniego szkolenia w Belgii. - Polscy fryzjerzy po szkole zawodowej napotykają tu trudności przy zakładaniu własnej działalności gospodarczej. Żeby otworzyć firmę trzeba mieć maturę - wyjaśnia Marta. - Musiałam ukończyć specjalny kurs z zarządzania i rachunkowości oraz zdać egzamin. Dlatego dużo dziewczyn nie decyduje się na oficjalną działalność. Poza tym, z pracy na czarno pieniądze idą tylko do twojej kieszeni.

Marta zamieszczała ogłoszenia o swoich usługach w lokalnych gazetkach polonijnych, jednak z czasem poczta pantoflowa okazała się skuteczniejszą reklamą. Jej klientki to przede wszystkim Polki, choć zdarzają się również Belgijki. Z nimi rozmawia po francusku, który szlifowała najpierw na kursie, a później już w praktyce. U Marty podcięcie włosów to wydatek rzędu 15 euro, a w belgijskich salonach 25-30. Baleyage kosztuje w granicach 40 euro. To o prawie połowę mniej niż na lokalnym rynku. Zwykle Marta obsługuje kilka klientek dziennie, ale w sezonie przedświątecznym pracuje jak w ukropie.

Bez ryzyka

Salon Agnieszki Rzepnickiej obchodzi swoje pierwsze urodziny. Oprócz usług fryzjerskich proponuje również zabiegi kosmetyczne. Pracuje tu Kasia Śliwowska, która ponad rok temu przyjechała do Brukseli. - Tęsknię za domem - przyznaje. - Cieszę się jednak, że pracuję w zawodzie. Zaistnieć na obcym rynku z własną działalnością jest trudno.

Jej klientki to przede wszystkim Polki. - Na szczęście - przyznaje z uśmiechem. - Nie jest łatwo uczesać Marokanki, które mają trudne do ułożenia włosy, wymagające specjalnych preparatów do zmiękczania i całkowicie innych szczotek.

Uważa jednak, że Polki są bardziej wymagające. Konkurencji się nie boi. - Dużo dziewczyn pracuje nielegalnie - mówi. - Ale to ryzykowne. Słyszałam o przypadku, gdzie fryzjerka zamieściła ogłoszenie w belgijskiej gazecie i została zdemaskowana. Jeden z urzędników podszył się pod klienta i ukarał ją wysoką grzywną. Dlatego wolę pracować oficjalnie, bezstresowo. Mam dzięki temu ubezpieczenie i dobre warunki socjalne. Agnieszka poszukuje teraz drugiej, doświadczonej fryzjerki.

Iść za marzeniem

Przy tej samej ulicy, co zakład Agnieszki mieści się “Magiczny haczyk” - nowe przedsięwzięcie Marzeny. Lokalizacja znakomita, tuż obok sklepu z polskim asortymentem. Marzena Skutnik, podobnie jak Marta, pochodzi z Podlasia. Straciła rodziców bardzo wcześnie i w 1991 roku jako 19-latka przyjechała do Brukseli. Wiele lat temu jako pierwsza polska fryzjerska zamieściła swoje ogłoszenie w lokalnej gazetce polonijnej. W ciągu dnia sprzątała, a wieczorami wykonywała usługi fryzjerskie. Marzeniem jej życia był własny salon. Jednak nie wie czy zaryzykowałaby skoczyć na głęboką wodę, gdyby nie przypadek. Znajoma Włoszka zaproponowała jej odkupienie istniejącego już salonu. Musiała podjąć błyskawiczną decyzję. Dziś wysoka, przystojna blondynka tryska optymizmem. - Trzeba być upartym i wytrwałym. I trzeba marzyć - podkreśla.

Dzięki pomocy byłej właścicielki nie miała problemów przy załatwianiu formalności. Od niej też przejęła belgijską klientelę. Co nie było trudne, bo świetnie zna francuski. O Polkach ma inne zdanie niż Kasia. - Są wystraszone, pokorne, wszystko im pasuje, zawsze jest dobrze - śmieje się. - Belgijki są bardziej stanowcze. Odwiedzają mnie jednak także pracownicy naszej ambasady, konsulatu i nauczyciele z polskiej szkoły. Klienci znają ja od lat. Wiedzą, że to, co osiągnęła nie przyszło jej łatwo. Nigdy nie odmawiała, nie wykręcała się zmęczeniem. Zawsze jest dyspozycyjna. - Szanuję ludzi, a oni odpłacają mi tym samym - podkreśla.

Źródło: Praca i nauka za granicą



No Responses to “Polskie fryzjerki w Brukseli”  

  1. No Comments

Leave a Reply